Another Pink Floyd (tribute to band).

Koncert w Niepołomickim Centrum Dźwięku i Słowa był dla mnie miłym zaskoczeniem, zarówno pod względem nagłośnienia (pierwszy od lat koncert ze słyszącą ekipą od dźwięku) jak i muzycznym. Zawsze uważałem, że kowerowanie takich zespołów jak Floydzi nie bardzo ma sens. Nie da się w 100% oddać  klimatu tej muzyki (czy choćby techniki i feelingu Gilmoura), a co za tym idzie zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.

Jeśli natomiast ktoś wprawny muzycznie dokona interpretacji, zostawiając trochę miejsca na samego siebie, jest to przepis na sukces. Tak było w przypadku „Dark Side of The Moon” Dream Theater i tak jest w przypadku Another Pink Floyd. Panowie są tak specyficzni, uśmiechnięci i tak bardzo kochają to co robią, że trudno się nie dać urzec. Dwie perełki: gitarzysta solowy – uśmiech, luz, zero zadęcia, umiejętności i fajna technika. Perełka druga: klawiszosaksofonista. Strasznie miło zobaczyć kogoś takiego na scenie, na pierwszy rzut oka i ucha widać, że to kierownik muzyczny całego przedsięwzięcia.

Nie będę pisał wiele o doborze utworów i wykonaniu, powiem tylko o dwóch utworach które mnie urzekły: Time, to nie był cover, to po prostu rewelacyjna interpretacja i wykonanie pierwsza klasa.

Echoes – to trzeba usłyszeć, mnie się kopara rozdziawiła, mam nadzieje, że nikt nie robił zdjęć w tym momencie.

Podsumowując: zdecydowanie polecam. Za jakiś czas znów wybierzemy się na ich koncert.

Muzyka wróciła.

Po trzech latach przerwy znów gra muzyka. Mamy w domu starą wieżę, która bardzo ładnie gra. Ale tylko radio w niej działa i wejście AUX. Na początku myślałem o transmitterze FM, znalazłem jednak coś takiego:

Transmitter WiFi. Działa super. Wygląda lepiej niż na zdjęciu. Nie wymaga sterowników. No i najważniejsze: kosztuje 60zł.

Tacierzyńskie reminiscencje…

Od września 2011 sporo wody w Wiśle upłynęło. Synek nauczył się mówić „dupa, zupa i kupa”, urodziła się Ania… a dziś pierwszy raz na spokojnie słucham sobie „nowej” płyty Dream Theater ;). Tak to już chyba będzie do niedoczekanej emerytury. Granie na gitarze pozostanie w sferze planów i powtarzania pięciu riffów i ośmiu akordów ad nauseam, rower kurzy się w szopie u teścia, perspektyw rozwoju zawodowo-osobistego brak. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że dzieciaki dają mnóstwo szczęścia i frajdy na codzień (żona też dba o regularne dostawy atrakcji ;)) a siwienie zdecydowanie wygrywa u mnie z łysieniem, więc jest szansa na kręcenie młynków po 67 roku życia. Może przynajmniej z Kuby uda się zrobić porządnego metalowca, a może nawet zapiszemy go do szkoły muzycznej. Jest szansa, bo gość lubi „dży-dży” i ma nawet swoją małą gitarkę klawiszową.

Ale wracając do DT. Zabrałem się za pisanie tej notki z zamiarem wycofania się z poprzedniego wpisu na ten temat. No i cholera jasna nie mogę. Pomijam fakt, że jestem zafascynowany brzmieniem coponiektórych kawałków. W zasadzie w każdym znajdzie się jakiś riff, jakaś fajna perkusyjna zagrywka, jakiś zwariowany łamaniec klawiszowy, który może nawet bardzo się podobać, jednak gra Manginiego boli, a całość jest niespójna i męcząca. No i te pompatyczne wstawki rodem z filmów Rolanda Emmericha… Oby nowy album był dla nas, starych capów, bardziej strawny.